Historia tego samochodu zaczyna się w połowie ubiegłego wieku. Po drugiej wojnie Światowej Wielka Brytania cierpiała na deficyt wszystkiego, między innymi maszyn rolniczych. W związku z tym przodek Defendera - Land Rover Series I - został zaprojektowany jako uniwersalny pojazd rolniczy. Stąd pewne osobliwości, które przetrwały w aucie do dziś.
Wkrótce po debiucie w 1948 roku okazało się, że Land Rovera chętnie kupią nie tylko rolnicy. Stopniowo wprowadzano więc modyfikacje, mające na celu uczynić z Series I auto uniwersalne. Przez ponad 60 lat następcy tego samochodu mają niemal niezmienione kształty, chociaż w najnowszej wersji można zamówić takie luksusy, jak klimatyzacja czy działające ogrzewanie. W testowanym przeze mnie modelu do wentylacji służy już prawdziwa dmuchawa, a nie uchylane klapki w ramie pod przednią szybą.
Pozostało jednak wiele innych elementów, które sprawiają, że Land Rover Defender to samochód surowy jak na dzisiejsze czasy. To jeden z niewielu produkowanych obecnie samochodów terenowych, w których pozostawiono drugą dźwignię do sterowania napędem na cztery koła. Stacyjka jest po “złej”, czyli po lewej stronie kolumny kierownicy. Nie dlatego, że Anglicy tam ją umieścili i nie chciało im się wymieniać tego elementu dla wersji z kierownicą po lewej stronie. Chodzi o to, aby rolnik mógł do niej sięgnąć przez otwarte okno, kiedy idzie obok ciągnącego pług samochodu.
Prawdopodobnie z tego samego powodu w Land Roverze nie pozostawiono zbyt wiele miejsca na lewe ramię kierowcy i prawe pasażera. Siedzą oni wciśnięci w drzwi, ale za to przez okno z zewnątrz dosięgną pozostawionych na fotelu przedmiotów.
Hamulec ręczny to pionowa dźwignia, którą ciągniemy do siebie. Przy okazji, zwolnienie hamulca wymaga nie lada siły. Przełącznik do świateł wygląda niczym wydobyty z czyjejś piwnicy, karoseria sprawia wrażenie wyklepywanej młotkiem, a łączenie poszczególnych jej elementów nitami tylko utwierdza nas w tym przekonaniu. Do tego Defendera prowadzi się jak ciężarówkę. Auto z trudem osiąga prędkość dozwoloną u nas na autostradzie, ale lepiej tego unikać, bo łatwo wtedy stracić panowanie nad pojazdem.
Ale Defender mimo ceny (testowana wersja kosztowała około 200 000 złotych) to nie luksusowy SUV, lecz król bezdroży. Może nie ma w nim zaawansowanej technologii, ale dobry kierowca i tak pokona w nim większe przeszkody niż w Toyocie Land Cruiser. W dodatku Defender uciągnie o pół tony więcej niż najmocniejsze Isuzu D-Max i ma niewiele mniejszą ładowność.
Czy to samochód dla ciebie? Wątpię. O ile nie mieszkasz w bieszczadzkiej głuszy i nie zajmujesz się bardzo drogim rękodziełem ludowym, to raczej Defendera nie kupisz. Nawet jeśli cię na niego stać, to prawdopodobnie wolisz Range Rovera Sport, albo przynajmniej Land Rovera Discovery. Niewielu jest w naszym kraju ludzi, którzy docenią klasykę gatunku i nie wybiorą komfortowego wnętrza z fabryczną nawigacją i wentylowanymi fotelami.
Cena od: 117 000 zł
MW